Anegdoty o Stanisławie Rażniewskim

1. Roztargniony Stasio - Andrzej Klamut | 2. Maestro - Marcin Maj
3. Karkonosze były nasze | Karkonoskie poszukiwania Stanisława - Leon Urban

Był kiedyś w Cieplicach klub sportowy o dźwięcznej nazwie "Stal". Stanisław Rażniewski piastował w nim funkcję trenera koordynatora.

Roztargniony Stasio

Stanisław Rażniewski to jedna z najciekawszych postaci dolnośląskiego sportu - zapalony działacz, były zawodnik AZS Wrocław i Stali Cieplice, narciarz i tenisista, wychowawca młodzieży i trener. Kierował w Jeleniej Górze klubem narciarskim "Aesculap" (zmarł w 2013 roku). O barwnym sportowym życiu Stasia krąży wiele anegdot. Oto trzy z nich.



Stanisław Rażniewski

Dworzec kolejowy w Jeleniej Górze. Spotykają się tu zawodnicy klubu Stal jadący na Narciarskie Mistrzostwa Polski do Zakopanego. Rażniewski jako kierownik ekipy jest oczywiście pierwszy. Powoli przybywają następni: Jan Maria Klamut, Egon Myśliwiec, Jan Bartkiewicz, Romek Oberstein. Zajmują miejsca w wagonie.
Zbliża się godzina odjazdu. Zawiadowca daje sygnał, pociąg rusza. Wtem ktoś zauważa, że Staszka nie ma w przedziale. - Patrzcie, patrzcie - słychać wołanie. - Stasiu stoi na peronie! - Faktycznie, tak się zagadał ze znajomym, że przegapił odjazd pociągu.

Wykład trenera

Wykład trenera koordynatora (Staszek Rażniewski) KS "Stal" o konfiguracji terenu

- Dogoni nas taksówką we Wrocławiu - mówi któryś z zawodników - tylko, że ten pościg pochłonie wszystkie nasze diety. Ciężko będzie z jedzeniem w Zakopanem.
Rażniewski faktycznie nie traci głowy i na postoju taksówek przed dworcem wsiada do potężnego "Humbera" (były to lata pięćdziesiąte), każe taksówkarzowi jechać nie do Wrocławia, lecz Jaworzyny i tam dołącza do swojej drużyny. Koledzy byli szczęśliwi, bo tym samym uratowała się część ich diet.

Stanisław Rażniewski podczas wykonywania skoku terenowego na zboczach Smogorni


* * *

Kolejna podróż do Zakopanego na centralne zawody. Dojazd do Krakowa odbył się bez przeszkód, dopiero w pociągu relacji Kraków - Zakopane był straszny tłok. Ale narciarze dali sobie radę. Poukładali w przedziale swoje narty i kijki, na to położyli plecaki i każdy usiadł gdzie popadło. Zmęczeni podróżą wkrótce zasnęli.

Grupa młodzieży na Smogorni


W Zakopanem sportowcy z Karkonoszy rozlokowali się w domu wypoczynkowym FWP "Belweder". Stasiu jako szef wyprawy miał w swoim plecaku drogocenne smary, ale, że w pociągu klika godzin drzemał mając plecak za poduszkę, smary rozpuściły się i skleiły całą jego zawartość. Rażniewski ostrożnie wyciągał odzienie upaprane czarną, lepką breją, złożoną ze "Swixów", "Klistrów" i "Hollmenkoli". Uratowały się bodaj tylko jedne kalesony. Koledzy oczywiście zaczęli ryczeć ze śmiechu, ale szybko przestali, kiedy Stasiu zapytał ich czym będą smarowali narty podczas zawodów.

Smogornia. Stanisław Rażniewski prowadzi trening

* * *

Ponownie jesteśmy w Zakopanem. Narciarze ze Stali trenują na Krokwi skoki, a biegacze w jej pobliżu mają trasy biegowe. Zjazdowcy udają się codziennie na Kasprowy Wierch, gdzie na Hali Gąsienicowej lub Goryczkowej ćwiczą slalomy.
Tego dnia Rażniewski ma zaplanowany trening zjazdowy. Musi wyjść wcześnie, bilet ma na jeden z rannych kursów kolejki na Kasprowy, a do stacji w Kuźnicach też trzeba dość długo jechać. Przed wyjściem ustala jeszcze ze wszystkimi zawodnikami szczegóły treningu, bierze sprzęt i spiesznie wychodzi. - Jest dość późno - zauważa ktoś - ale może jeszcze zdąży na kolejkę.

Chata Smogorni - baza treningowa Stali. Członkowie klubu na własnych plecach dźwigali w góry materiały budowlane, aby remontować swój dom



W tym momencie drzwi się otwierają i z impetem wpada Stasio wołając od progu: - Gdzie są moje kijki? Pomyliłem się i wzięłem nie te co trzeba. - Zmienia kijki i wychodzi tym razem z żoną Teresą, która postanowiła go odprowadzić do Kuźnic.
Przygotowania skoczków i biegaczy do treningu już skończone. Mają właśnie wyjść, kiedy drzwi się znów otwierają. Staje w nich Teresa. Słuchajcie - mówi - Staszek pomylił się i wziął moje narty. Gdzie są jego?

Andrzej Klamut

Gazeta Robotnicza, NR 12 (11996) z 16-17.01.1988 roku.

* * *


Stanisław Rażniewski przy Chacie Smogorni - lata pięćdziesiąte


Maestro

Przeczytałem niedawno anegdoty o naszym Maestro na stronie szkoły. I mogę przytoczyć jedną świadczącą o ogromnym poczuciu humoru naszego pana Magistra. Jej wspomnienie jest we mnie bardzo żywe z tego powodu, że sam byłem uczestnikiem, a nawet, nieskromnie dodam, bohaterem sytuacji.

Egzamin

Otóż w czasie ferii, w lutym 1978 roku przez szkołę Aesculap (czytaj: pana Rażniewskiego) został zorganizowany kurs na stopień pomocnika instruktora PZN na Odrodzeniu. Oczywiście brałem w nim udział. Piękna pogoda, mrozek, twardy, choć niezlodzony stok. Nadeszła pora mojego egzaminu z metodyki nauczania. Polegał on po prostu na przeprowadzeniu lekcji z grupą, w czasie której należało omówić, pokazać i przeprowadzić zajęcia dotyczące wylosowanej ewolucji z tzw. KROS-u (tak nazywaliśmy ówczesny podręcznik PZN-u zawierający wytyczne nauczania narciarstwa w zakresie klas ewolucji Kątowych, Równoległych, z Odbicia i Sportowych).

Wylosowałem krystianię płużną. „Grupa” do nauczania składała się, rzecz jasna, z egzaminatorów. Wiedząc, co wylosowałem, egzaminatorzy wczuli się w rolę i udając niezdarnych narciarzy podjechali do mnie „ledwo” trzymając równowagę i pokrzykując. A najgłośniej kto? – no oczywiście Maestro:

"Oooo! Koledzy, chodźcie, chodźcie, jest już nasz pan instruktor!" – znaczy: niby ja. Ustawili się przede mną w szeregu i zacząłem "lekcję". Podczas omawiania ewolucji wspomniałem, że krystianię płużną stosujemy na niezbyt trudnych trasach przy niedużych umiejętnościach narciarskich i traktujemy raczej jako wstęp do kolejnych ewolucji.

Chwilę później pan Stanisław mi przerywa: - "No zaraz, zaaaaaraz! A co mam zrobić, gdy znajdę się na czterdziestopięciostopniowym stoku?!" A ja na to, bez chwili zastanowienia wypaliłem: „Tacy narciarze, jak pan, nie chodzą jeszcze na czterdziestopięciostopniowe stoki!” I kontynuowałem „lekcję”, której już mi do końca nie przerwano. Dostałem piątkę.

Po egzaminie poszedłem do Magistra i przeprosiłem go na wszelki wypadek za tę moją odzywkę, ale wytłumaczyłem, że skoro zaprezentował mi się jako początkujący narciarz, no to też tak go potraktowałem, bo przecież rolą instruktora jest również uświadamianie adeptowi aktualnych jego własnych możliwości, a ja przecież grałem rolę instruktora. Maestro oczywiście śmiał się i zapewniał, że w żadnym razie nie czuł się urażony, zajęcia przeprowadziłem dobrze i w sumie pokazałem, że panuję nad grupą, itd., a tak naprawdę, gdy usłyszał moją odpowiedź, to sam miał niezły ubaw, bo jeszcze nigdy nie skierowano takich słów pod jego adresem …

I jeszcze...

Kiedyś tu się jeździło...

Pamiętam również taki wypad do Kotła Szrenickiego. Było to pod koniec lat siedemdziesiątych. Zjechaliśmy poniżej szlaku wiodącego ze Szrenicy do schroniska pod Łabskim szczytem. Eskapada była oczywiście nielegalna, bo naruszaliśmy rezerwat ścisły. Ale chyba Maestro koniecznie chciał nam coś pokazać. W pewnym momencie zatrzymał się i grupa, rzecz jasna, również.

Stał chwilę w ciszy i patrzył w dół, w głąb kotła, do którego zaraz mieliśmy zjechać. Patrzył tak jakoś nostalgicznie, to pamiętam do dziś. I po chwili powiedział: "Kiedyś tu się jeździło..."

Była to dla niego taka sama egzotyka (ciekawe, że można mówić tak o miejscu leżącym zaledwie o kilkanaście kilometrów od miejsca, w którym się mieszka), jak dla mnie, choć mówił, że jeździł tam w latach pięćdziesiątych, czyli wtedy przed dwudziestu laty. Przypomniały mu się lata młodości tak, jak mi się przypominają moje teraz, choć to z perspektywy obecnego dnia już przeszło lat trzydzieści... Niezapomniane lekcje krystianii nożycowej (czyli z odbicia z narty górnej) w przecinakch leśnych koło Odrodzenia...

Macica (nie)wypadła

Trening grupy "asów" na "Ścianie". Jest wśród nas bardzo dobrze jeżdżąca koleżanka (nazwisko i imię pamiętam, ale nie przytoczę tutaj). W czasie jednego z przejazdów "grzmotnęła" nieźle o „glebę”. Ja tego nie widziałem. Podobno wyglądało to groźnie, ale na szczęście wyszła z tego bez szwanku.

Stojąc w kolejce do "słynnego" orczyka słyszałem, jak jej wywrotka była dość szeroko komentowana, między innymi przez Maestra mniej więcej tak: „No na szczęście nic się nie stało, bo myślałem, że już jej macica wypadła …” To może taki nieco czarny humor, ale pamiętam atmosferę odprężenia, jaka zapanowała wtedy w grupie, gdy się okazało, że nic poważnego, a nawet niepoważnego się jej nie stało. Maestrowa dezynwoltura okazała się być jak najbardziej na czasie.

Marcin Maj


Karkonosze były wtedy "nasze"

Poznałem pana Stanisława gdy byłem w Liceum w Cieplicach. Po przeprowadzce z Przesieki do Sobieszowa, koledzy poradzili: jeździsz na nartach, zapisz się do klubu Stal Cieplice. Jest fajny trener i dostaniesz narty. I tak się stało, dostałem narty, ale rownież poznalem wspaniałego wychowawcę, opiekuna i trenera.

Narty staly sie moją pasją a najlepszym moim doradcą i przewodnikiem w tej niełatwej dyscyplinie był pan Stanislaw. Zawsze pogodny, uczynny, naturalny, prawdziwy przewodnik modzieży.

Białe Karkonosze; Szrenica, Kocioł Szrenicki, Łabski Kocioł, Kocioł Smogorni, Kocioł Małego Stawu, Mała Kopa - to byly nasze tereny wspolnych treningow i rownież rywalizacji. To były czasy lat 1950-tych.

Dawne czasy. Wtedy Karkonosze były "nasze". Pan Stanisław wprowadził mnie w ten wspaniały świat swobody. Gdy rodzice moi, w obawie zaniedbania szkoły przez narty, ograniczyli moje wyprawy w Góry, Pan Stanislaw przekonal rodziców. Wrociłem znów w Góry. Posiadał w sobie cechę unikalną, budził naturalne zaufanie.

Z Panem Stanisławem jezdziliśmy później w Beskidy i Tatry. Cieszył się z naszych wyników. Powojenne narciarstwo zawodnicze Karkonoszy to ofiarna praca Stanisława. Nie bylo wyciągow; na Halę Szrenicką z Szklarskiej Huta na piechotę. Tak samo na Przelecz Karkonoska i Smogornie, jak rowniez Samotnie. Pamietam-mielismy oboz narciarski na Hali Szrenickiej, zmeczeni, obladowani plecakami i nartami dotarliśmy do celu. Kolega zwrócił uwagę na niezwykle dużych rozmiarow plecak Pana Stanisława. Spróbował podnieść, z trudnością uniósł. Zapytalismy trenera, co w tym plecaku. Odpowiedź - maszyna do pisania. Nie było wtedy laptop’ow. Pan Stanislaw codziennie wydawał komunikaty i programy.

Latem trenowaliśmy w Cieplicach na stadionie i również wędrowaliśmy po Karkonoszach. Wiedzieliśmy, Pan Stanisław “leci Messershmittem”, zbliża się na umówione miejsce. Tak nazywaliśmy pojazd; rower z doczepianym silniczkiem spalinowym. Kombinacja unikalna, fantazyjna, użyteczna, typowa - w duchu Pana Stasia.

Pan Stanisław oddał siebie narciarstwu Karkonoskiemu, nadal kierunek, który zowocowal tytułami Mistrzow Polski. Otworzył drogę do narciarstwawa światowego dla młodzieży Karkonoskiej.

Panie Stanisławie, a mnie Twoja narcierska szkoła poprzez Karkonosze, Beskidy, Tatry, Bieszczdy zwiodła w Góry Alaski i Góry Skaliste Kanady. Jutro wybieram się do Nakiska Canada, na narty, stanę w ciszy i wspomnę wspólne nasze dawne narciarskie czasy.

Leon Urban

Karkonoskie poszukiwania Pana Stanisława

Puchar Smogorni

Trener Stanisław powiedział: "-Zorganizujemy zawody narciarskie w ciekawej scenerii Karkonoszy, na zboczu Srebrnego Grzbietu, gdzie w kierunku północnym opada Kocioł Smogorni".

Rozległa geologiczna pozostałość po dawnym lodowcu. Miejsce, do którego można dotrzeć poprzez Przełęcz Karkonoska. Pobliskie zaplecze - schronisko Odrodzenie. Zazwyczaj zawody zjazdowe rozgrywaliśmy w pobliżu schronisk, odległych nie więcej niż pół kilometra od mety. Kocioł Małego Stawu w pobliżu Samotni oraz Kocioł Łabskiego Szczytu dostarczał taki komfort. To były miejsca naszych rywalizacji w latach 1950-tych.

Kocioł Smogorni odległy jest ok. 2 km od Schroniska Odrodzenia. Na Przełęcz Karkonoską jedyny sposób dotarcia, na nogach, z ostatniego przystanku tramwaju w Podgórzynie Górnym. Kto zna Karkonosze wie, że jest to ładny kawał drogi poprzez osadę Przesieka, zbocze Suchej Góry i Przełęcz Karkonoską do Odrodzenia. Z obciążeniem (plecak i narty) - do 3-ch godzin wspinaczki.

Schronisko Odrodzenie było moim pierwszym górskim spotkaniem z innym światem niż doliny i przedgórza. Było to w roku 1948. Mieszkałem wtedy w Przesiece. Mama, ojciec zdemobilizowany z Armii Polskiej Berlinga (ludzie znajdowali sie wtedy w rzeczywistości takiej, jak los ich rzucił) i ja zasiedliliśmy małe górskie gospodarstwo po deportowanych Niemcach. Tak to było w owych czasach. Południowo-zachodnie obszary obecnej Polski, po regulacji granic, zajmowali wysiedleńcy z nad Niemna i przybysze z Centralne Polski, jak również z Wielkopolski. W Hain (nazwa niemiecka osady), później w Matejkowicach i ostatecznie w Przesiece przybywało osiedleńców. "Przesieka" , tak oficjalnie nazwano miejscowość ostatecznie. Nazwa jest używana do dziś.

Tu, w miejscowości górskiej, już pierwszej zimy, zacząłem ślizgi na nartach pozostawionych po młodych Niemcach. Było wiele par zgromadzonych na strychu. Większość to długie narty skokowe. Na skokówkach zjeżdżałem na wprost. Trasa była kalkulowana tak, aby nie było potrzeby skrętu. Wolałem jednak narty zjazdowe zapinane na tzw. Kandahary. Można powiedzieć, kontynuowałem tradycje narciarskie niemieckiego domu.

Pierwszy Puchar Smogorni miał międzynarodowa obsadę. Przybyli z Czech, z Szpindlerowego Młyna juniorzy i seniorzy. Byli to najlepsi zjazdowcy z regionu Karkonoskiego. Wśród nich Čermakowie: senior i junior. Jak Pan Stanisław załatwił udział Czechów, to Jego tajemnica. W owych czasach granica była mocno strzeżona przez WOP. Nie było wymiany turystycznej z południowym sąsiadem. To były środkowe lata 50-te.

Pogoda była iście karkonoska: mgła, lekki śnieg i wiatr. Czesi wygrali w seniorach. Natomiast w juniorach walczyliśmy dzielnie. Mieliśmy dobre wyniki. Zakończenie, wspólne spotkanie, bez zbędnych przemówień mieliśmy w Schronisku Odrodzenie. Chłopcy z Karkonoszy, Czesi zasiedziali od wieków i nowi przybysze hartowani karkonoskim wiatrem mieli wspólny język i dobry czas. Nie pamiętam kto wygrał w juniorach. Nie pamiętam, które miejsce zająłem. Wiem tylko, że dostałem dyplom i odznakę; to było tyle lat temu… Prezentacje nagrodzonych zawodników prowadził Pan Stanisław. Wyobraźcie sobie, że wypowiedział nawet parę zdań po czesku! Po zawodach zjechaliśmy z Przełęczy w kotlinę, do domów. W Pucharze Smogorni startowałem tylko jeden raz. Wydarzenie to, w karkonoskiej scenerii - gór, śniegu, mgły i narciarskiej rywalizacji pozostało w pamięci do dzisiejszego dnia.

Puchar Smogorni był rozgrywany w następnych latach, lecz ja nie brałem udziału w kolejnych jego edycjach, rozpocząłem studia na Politechnice Wrocławskiej. Wrocław w 1957 roku w 40% był w gruzach. Szok dla mnie, po Karkonoszach, nieruszonych wojennym szaleństwem. Ta kraina stanowiła oazę przetrwania ludzkiej wartości i dokonań Polaków, Czechow, Austriakow i Prusaków. Złożona jest historia tej ziemi i gór! W mojej ocenie, Puchar Smogorni był wezwaniem dla narciarstwa karkonoskiego, był koncepcja Pana Stanisława przybliżania Karkonoszy polskiej młodej generacji.

Zjazd ze Szrenicy

Wielokrotnie rozmawialiśmy o potrzebie trasy zjazdowej w Karkonoszach. My rozmawialiśmy, a Pan Stanisław konkretnie działał. Tez lata 1950. Byłem wtedy w 10-tej klasie Liceum Cieplickiego. Pewnego dnia Pan Stanisław zapytał mnie: "-Leon, czy chcesz wziąć udział w testowym biegu zjazdowym ze Szrenicy? -Oczywiście". Zapytałem kto jeszcze pojedzie. Odpowiedział: "-Bogdan, Gabryś, ty Leon no i ja... Niewielu, to jest test". Trasa wiodła z górnej partii "Ściany" Szrenicy, tam... dwa skręty, następnie jak przecinka "leci" i… nie w kierunku jak do obecnej pośredniej stacji wyciągu, ale skręt w prawo w kierunku przecinki leśnej położonej prostopadle do drogi w kierunku schroniska Pod Łabskim Szczytem. Tam długi, szybki trawers i meta w dolinie Potoku Szrenickiego. Dużo jazdy "na szybkość". Z Google Earth odczytałem (po latach), że trasa ta miała długość ok. 1800 m i różnicę poziomów ok. 500 m. To był początek marca, warunki śniegowe bardzo dobre i pogodne. Przejechałem trasę bez problemów, miałem ekscytujące uczucie szybkości i harmonii skrętu. Najlepsza trasa, jak na karkonoskie warunki. Więcej zjazdów już w tym miejscu nie było.... Obecnie wspomniana przecinka zarosła. Nikt nie uwierzy, że tam jeździliśmy bieg zjazdowy, prawdziwy. Zasuwało się nieźle. Stanisława poszukiwania zawsze były oryginalne.

Leon Urban
(rozpocząłem pisać ten artykuł 27 maja w Calgary, dokończyłem w Laguna Park TX, 28 września 2013)

Fotografie: archiwum St. Rażniewskiego, M. Rażniewskiego i L. Urbana

Więcej...

Róbmy swoje - Stanisław Rażniewski | Wspomienie o Stanisławie Rażniewskim - Marcin Maj | Wspomnienie o Stanisławie Rażniewskim - Mirosław Ludorowski



Copyright © Michał Rażniewski
Wszelkie prawa zastrzeżone

Pogoda
TV Aesculap
Wiadomości


Działy
 
 

Menu główne

 
Strona główna
Działalność
Łysa Góra
Klub - info
Kontakt
Historia
Galeria
Lato
Sport
Artykuły
Jelenia Góra
TV Aesculap
Autor witryny
T. S. Rażniewscy
Linki
 

Łysa Góra

 
Dekalog narciarza
Trasy i wyciągi
Ceny biletów
Nauka jazdy
Pogoda
Lato
Dojazd
Jazda konna
Bar Łysa Góra
Baza hotelowa
Napisano o nas
Trasy rowerowe
Łysogórki MTB
 

Nasi Partnerzy

 
SITN


Bezpieczny stok
PSNIT
Gmina Jeżów Sudecki
UM Jelenia Góra
 



eXTReMe Tracker